Karnisz przymocowany do linki, mającej wyrwać mój spadochron, spełnia swoje zadanie i po chwili nad głową mam wypełnioną powietrzem, nylonową płachtę. Jakieś dwadzieścia metrów niżej kiwa się zasobnik. Na tej wysokości powietrze jest czyste i chłodne, przyjemnie orzeźwia po opuszczeniu dusznego przedziału desantowego.
Towarzyszy mi uczucie niewysłowionej lekkości, tak przyjemne, że chciałbym je móc przeżywać codziennie. Przymykam oczy i trzymając mocno za parciane pasy spadochronu pozwalam się kołysać. Strefa zrzutu ma jakieś pół kilometra powierzchni i jest płaska, jak stół. Na pewno trafię na swoich, jeżeli zniesie mnie do innego baonu.
Zasobnik uderza o ziemię. Czas i na mnie.
Staję na ziemi, przewrót w przód, wstaję i od razu zaczynam zwijać spadochron. Potem ciągnę do siebie linkę zasobnika, wyciągam z niego karabin i szpej, bez którego co prawda poradziłbym sobie, ale którego brak mocno unieszczęśliwiłby mój smutny, spadochroniarski żywot.
Boję się wysokości, a mimo to marzę o skoku ze spadochronem. Ale nie w cywilnym, pstrokatym stroju cyrkowca, do tego na równie pstrokatym kawale szmaty.
Chciałbym skakać z wojskowym spadochronem, na wojskowej uprzęży i - najlepiej - z wojskowego samolotu.
Pomarzyć dobra rzecz. Chyba, że jakimś cudem wybłagam kiedyś przeniesienie do szóstej szturmowo-desantowej.
Po trzech dniach "pocieszania" jakoś lepiej mi i lżej na duszy. Cieszy mnie, że są ludzie, na których mogę liczyć i polegać.









--
I am not afraid to keep on living, I am not afraid to walk this world alone...
--
I am not afraid to keep on living, I am not afraid to walk this world alone...
Previous Page123Next Page